Musisz nareszcie rozliczyć
się z przeszłością, choć bynajmniej tego nie chcesz. Położony nad jeziorem dom,
który odziedziczyłaś po zmarłej mamie to miejsce, z jakim masz ostatnie ze
szczęśliwych wspomnień z dzieciństwa. Wtedy jeszcze było Was troje - Ty oraz
rodzice. Uśmiechnięci na zdjęciu, objęci, niewiedzący wówczas, że za chwilę
cały świat runie w gruzach. Kiedy miałaś zaledwie osiem lat ze szczerbatej i
gotowej na wszystko ośmiolatki musiałaś stać się niemalże dorosła. Matka zmarła,
rodząc Twoją młodszą siostrę Holly. Tego dnia trupem za życia zaczął być także
Twój ojciec, który - zamiast się Wami opiekować - pogrążył się w powolnej,
wyniszczającej degrengoladzie, nasączonej coraz większą liczbą używek. Z ukochanego
domku nad wodą przenieśliście się do cokolwiek nieciekawego mieszkania, z jakim
właśnie udało Ci się pożegnać - jako że tata finalnie doprowadził się do
śmierci. Nie wspominasz tego lokum dobrze, zatem potrwało to tylko chwilę. Masz
jednak świadomość, że przed Tobą o wiele trudniejsze zadanie. Opróżnienie całkiem
sporej wilii po matce, w jakiej nie byłaś zresztą od półtorej dekady, niesie za
sobą ogromny ładunek emocjonalny. Nie wiesz, czy udałoby Ci się pojechać tam
samej, zatem postanowiłaś poprosić o pomoc najbliższych. Towarzyszy Ci Liam -
ukochany chłopak, który jawi Ci się niczym anioł, co to postanowił zmaterializować
się w Twoim życiu. Wciąż powtarzasz sobie, iż jest dla Ciebie o wiele za dobry
i że z pewnością opuściłby Cię, gdyby poznał Twoje najmroczniejsze sekrety,
zatem starasz się robić wszystko, by trzymać własne demony w ukryciu. Jedzie z
Wami również jego siostra bliźniczka, z jaką udało Ci się zakumplować oraz
Twoja wieloletnia przyjaciółka Brooks. Co z kolei Cię nie cieszy, ma do Was dołączyć
także jej chłopak, przemocowiec, tyran i narcyz, jakiego najchętniej
skasowałabyś z jej życia. W miejscu przeznaczenia okaże się jednak, że dom jest
o wiele bardziej zrujnowany niż sądziłaś - i są tam dwie dodatkowe osoby…
Choć starasz się nie
dopuszczać owej myśli do siebie, w głębi duszy wiesz, że w znacznym stopniu
ponosisz odpowiedzialność za śmierć tej dziewczyny. Rozmawiałeś z nią jeszcze
parę godzin temu, a teraz patrzysz na jej przywiązane do drzewa, nagie zwłoki z
poderżniętym gardłem. Od początku czułeś, ze coś jest nie tak. Miałeś niejasne
przeczucie, że Klaudia Piekarz prowadzi własną grę, jednak nie zdołałeś
odgadnąć jej zasad. Twój współpracownik, programista Mufin, przeprowadził
wcześniej research w Sieci - zarówno jej osoby, jak i ewentualnych powiązań,
ale nie znalazł niczego istotnego. Teraz już wiesz, że nie przyłożył się
należycie do wykonania zadania. Policzysz się z nim później, na razie nie masz
do tego głowy. Gorzko myślisz, że nigdy nie posuwałeś się zatrudniania testerek
wierności, choć w zawodzie prywatnego detektywa stanowią one bardzo przydatne
narzędzie. Jednak to sprzeczne z Twoimi zasadami. Uważasz tę profesję za
głęboko niemoralną i wiodącą ludzi na manowce - rodzi konsekwencje, jakich
nigdy tak naprawdę nie chcieliby osiągnąć a tym bardziej oglądać. Ten raz
zrobiłeś wyjątek, zresztą studentka psychologii, nowy współpracownik, wcale nie
miała dokonać uwiedzenia, ale spróbować wydostać z Tymoteusza Rudzińskiego
jakiekolwiek przydatne informacje, dzięki którym będziesz w stanie znaleźć na
niego haki i dotrzeć do głęboko ukrytych relacji. Wcześniej zjawiła się u
Ciebie żona mężczyzny i zleciła jego śledzenie. Podejrzewała, że dokonuje
licznych zdrad, w czym zresztą wcale się nie myliła. Jednak potem zerwała
kontakt. Twój „obiekt” to bogaty deweloper, który stał się potentatem na
miejscowym rynku nieruchomości. Pojawił się znikąd, zaczął sypać gotówką i
wykosił całą konkurencję. Jesteś przekonany, że ma powiązania z Czarnym Domem -
piekielną organizacją, która trzęsie całym Beskidem Żywieckim.
Psychofanka powraca - z
recenzją najnowszego dzieła Eseisty Śmierci… a może Reportażysty Sztuki
Umierania. Zafascynowany ars moriendi Max Czornyj o duszy równie starej i
zwichrowanej co moja własna, sprezentował czytelnikom propozycję literacką,
jakiej w tym kształcie niewątpliwie jeszcze nie było. „Śmierciologia” to bowiem
swoiste kompendium mroczności, które wiedzie w świat życia i odchodzenia -
wyprawa poprzez meandry kryminalistyki, szeroko pojętą sztukę oraz zagadki
medycyny, z jakiej odbiorca wraca całkowicie odmieniony. Nakarmiony cienistą
wiedzą iście zabójczych ciekawostek, przewróciwszy ostatnią stronę wyjątkowej
książki, z pewnością niespokojnie obejrzy się za ramię, chcąc się upewnić, które
demony czyhają na jego duszę. Czerniejącą, odrobinę zbrukaną - jednak przede
wszystkim wciąż powierzającą swoje odłamki myślom, jakie wciąż, dzięki
Pisarzowi, błądzą po krainie już nieżyjących albo właśnie zmierzających tam,
gdzie sam Lucyfer mówi dobranoc… Do miejsca, które na przestrzeni lat stało mi
się doskonale znane; w jakim bytuję wręcz z psychopatyczną z przyjemnością,
lubując się w przebywaniu na granicy rzeczywistości mroku i światła. Zanim jednak
istnienie irracjonalnie szalonej jaźni uda się na wieczny spoczynek, zapraszam
Cię do odbycia niewtórnej przygody. Za spisem treści czy też raczej autorskich
- rzeczy: „Ze śmiertelną powagą” rzec musisz: „Słowo daję, pan Andersen tylko
wygląda na martwego”. Zapytasz później: „Co mi powiesz, ścięta głowo?” oraz „Którego
konia dosiada śmierć i czy to ona na pewno”, trwając jeszcze przez chwilę w
fazie wyparcia, bo ostatnia odchodzi nadzieja, że to nie moment Twojego
odejścia. Dowiesz się, „Jak umierali ludzie” oraz zaczniesz roztrząsać „Jak
naprawdę zatryumfować nad nieuniknionym”, zauważając, iż jedno w człowieku pozostaje
niezmienne: chęć zaczerpnięcia kilku płytkich oddechów, zanim powieki zamkną
się na zawsze w nieutulonym żalu niezrealizowanego. Ustalisz także po raz wtóry,
iż „Kiedy maszyna przestaje działać, pokrywa ją rdza”…
Zamiast dnia takiego jak
wszystkie inne - początek huraganu, który zdemoluje Twoje uładzone życie. Nigdy
byś nie przypuścił, że zetkniesz się z siłami, jakie ze swej natury skrywają
się za maskami pozorów, spowite tajemnicami nieprzeniknionymi dla zwykłych
śmiertelników. Gra wywiadów, akronimy CIA czy ABW... to wszystko znałeś jedynie
z filmów i sensacyjnej literatury, a tymczasem stałeś się częścią gry, w której
ludzkie życie nie ma znaczenia. Jak zwykle to bywa, brzemienny w wydarzenia
poranek zaczyna się całkowicie niewinnie, obleczony w zwyczajną, szarą rutynę.
Już o siódmej wyprowadzasz na spacer psa - piękną wyżlicę weimarską, prezent od
siostry na pięćdziesiąte urodziny. Ostatnim, jaki od niej dostałeś. Wkrótce
potem Eliza i jej mąż, Estończyk Esben Koppel ponieśli śmierć, gdy ich jacht
znajdujący się w drodze do Tallina przewrócił niespodziewany, gwałtowny poryw
wiatru. Bardzo to przeżyłeś, byliście bowiem nie tylko zżyci, ale też wiele jej
zawdzięczałeś. To ona wymusiła na Tobie rezygnację z kariery w żandarmerii
wojskowej, a następnie wymogła, byś skończył aplikację i dołączył do założonej
przez nią kancelarii adwokackiej. Prowadzisz ją do dzisiaj z wieloma sukcesami,
dzięki którym szyld „Koppel i Szczerzec” zdobył spore poważanie i renomę. Po
trzygodzinnej przechadzce przekraczasz próg biura, jak zwykle od razu wypytując
o stan bieżących spraw. Prosisz sekretarkę o podanie kawy i rozsiadasz w
wygodnym fotelu, stojącym w zajmowanym gabinecie a pies posłusznie mości się w
legowisku. Zanim udaje Ci się przystąpić do ułożenia planu dnia, rozdzwania się
telefon. Ze zdziwieniem spostrzegasz, że
dobija się do Ciebie znajomy, z którym w zasadzie nie utrzymujesz bliższych
kontaktów…
Joanna Gracjasz stworzyła
jedną z książek, jakich nie czyta się jedynie dla samej historii, a przede
wszystkim dla poznania prawdy. Takiej, jaka uwiera niczym przysłowiowy kamyk w
bucie i zostawia po sobie ślad głębszy od fabuły. „Tajemnica
zawodowa” to zbiór opowiadań, który nie jest literackim popisem czy bezpieczną
opowieścią o szkolnej rzeczywistości. To raczej zapis doświadczeń, emocji i
sytuacji, które wydarzyły się naprawdę lub mogły się wydarzyć na znanych
każdemu korytarzach… Ich ciężar nie wynika z dramatycznych zwrotów akcji, tylko
z autentyczności. Już we wstępie Autorka zaznacza wprost, że to narracje
inspirowane rzeczywistością i próba oddania emocji tych, którzy często
pozostają niewidoczni, choć funkcjonują tuż obok - w systemie edukacji, co to z
zewnątrz wydaje się uporządkowany, a od środka bywa miejscem cichych dramatów,
jakie rozgrywają się każdego dnia.
Najsilniej oddziałuje na
mnie opowiadanie „Granica” - studium relacji między nauczycielką a uczennicą i
jednocześnie opowieść o tym, jak łatwo przekroczyć niewidzialną linię
oddzielającą pomoc od uzależnienia emocjonalnego. Anna to nauczycielka z
powołania - ktoś, kto naprawdę wierzy, że może zmienić czyjeś życie; iż
odpowiednie wsparcie potrafi wyrwać człowieka z najgorszego miejsca. Marta jest
z kolei dziewczyną zagubioną, zamkniętą w sobie, funkcjonującą w świecie, w
którym nie ma stabilności ani zainteresowania ze strony rodziców a szkoła staje
się jej przestrzenią obcą i przytłaczającą. Jej problemy z nauką, wagary, brak
zaangażowania nie są bynajmniej lenistwem, tylko konsekwencją głębszego chaosu,
w którym żyje. I w jakim tak łatwo przecież się pogrążyć… Pisarka nader celnie
ukazuje cały proces kształtowania się i przekształcania relacji - nie sam punkt
kulminacyjny. Anna zaczyna od drobnych gestów, dodatkowych zajęć, rozmów, prób
zrozumienia. Stopniowo wchodzi coraz głębiej w życie Marty, poświęca swój czas,
energię a w końcu także siebie. I właśnie w tym miejscu pojawia się coś, co
czyni tę historię tak… wyjątkową i zarazem niepokojącą. Pomoc przestaje być
wsparciem, a zmienia się w potrzebę. Anna zaczyna definiować siebie przez to,
czy jest w stanie uratować dziewczynę. Marta natomiast uczy się tej znajomości
w sposób, który jest jej najbliższy, czyli przez manipulację, kontrolę i
testowanie granic. Jej zachowania eskalują - od wagarów, przez kłamstwa, aż po
kradzieże i szantaż emocjonalny wobec rówieśników, co nie jest przedstawione
jako nagła transformacja, ale jako naturalna konsekwencja środowiska i
mechanizmów, które wcześniej się w niej ukształtowały. Najbardziej bolesny
moment tej historii nie polega jednak na tym, co robi Marta, ale na tym, jak
świat reaguje na Annę. Jej zaangażowanie zostaje podważone, jej działania
odczytane jako przekroczenie granic a matka dziewczyny obraca sytuację
przeciwko niej, oskarżając ją o niewłaściwe zachowanie i brak kompetencji. W
tym jednym punkcie cała konstrukcja, którą Anna budowała miesiącami, zaczyna
się rozpadać. I to nie jest dramat w stylu literackim, to jest coś znacznie
bardziej realnego, moment, w którym człowiek zaczyna wątpić nie tylko w swoje
decyzje, ale w sens tego, co robi… Jakże doskonale mi zresztą znany. Kulminacją
tej historii nie jest jednak konflikt, ale konsekwencje. Wyczerpanie,
emocjonalne wypalenie i w końcu diagnoza choroby, która nie pojawia się jako
przypadek, tylko jako efekt nagromadzonego stresu, napięcia i ignorowania
własnych granic. Scena, w której Anna zostaje sama z tą informacją, jest jedną
z najmocniejszych w całym zbiorze, jako że nie opiera się na dramatycznych
środkach, tylko na ciszy, na załamaniu i na świadomości, że człowiek, który
próbował ratować innych, zapomniał o sobie…
Drugie opowiadanie, które
szczególnie zostaje w mojej głowie, czyli „Wrony”, działa inaczej, ale równie druzgocąco.
Tutaj nie ma jednej relacji, która się rozpada, tylko cały system, jaki powoli
niszczy jednostkę. Maria jest nauczycielką pełną pasji - kreatywną,
zaangażowaną, taką, która naprawdę chce uczyć inaczej, głębiej, bardziej
świadomie. Jej podejście stoi jednak w sprzeczności z rzeczywistością szkoły, w
której liczą się wyniki, dokumentacja i podporządkowanie zasadom. To
opowiadanie pokazuje coś, co rzadko jest nazywane wprost, czyli systemowe
wypalenie, które nie rodzi się z jednego wydarzenia, tylko z ciągłego nacisku,
braku wsparcia i poczucia, że to, co robisz, nie ma znaczenia. Maria stopniowo
traci energię, sens a w końcu także siebie. Autorka bardzo precyzyjnie opisuje
narastające lęki, napięcie, problemy ze snem, izolację i poczucie osamotnienia,
które nie wynikają z braku ludzi wokół, tylko z niezrozumienia. Relacje w pracy
się zmieniają, wsparcie znika a ona sama zaczyna funkcjonować jak cień - obecna
fizycznie, ale coraz bardziej wycofana psychicznie. Ten tekst nie potrzebuje
wielkich zwrotów akcji, bo jego siła tkwi w powtarzalności, w monotonii, w tym,
jak dzień po dniu coś w człowieku gaśnie… Czy bezpowrotnie?
Styl całego zbioru opowiadań jest spójny i podporządkowany emocjom. Nie ma tu przesadnej stylizacji ani literackiego nadmiaru. Jest prostota, która momentami boli bardziej niż najbardziej poetyckie zdania, bo nie daje czytelnikowi dystansu. To książka, którą się nie tyle czyta, co przechodzi przez każdą z akcji razem z bohaterami, czując ich zmęczenie, frustrację i bezsilność. Smutek… i reminiscencje prywatne. „Tajemnica zawodowa” to nie jest tom treści o szkole. To teksty o ludziach zamkniętych w systemie, o granicach, które się zacierają, o pomocy, która potrafi zniszczyć, i o tym, jak łatwo zatracić i potracić siebie, kiedy za wszelką cenę próbuje się uratować kogoś innego. Nie daje pocieszenia ani nie ofiarowuje czytelnikowi łatwych odpowiedzi. Prezentuje mu za to coś znacznie cenniejszego - świadomość. Poza tym, jestem pewna, iż po lekturze także i Ty pozostaniesz z powracającym raz i co rusz pytaniem: ile z siebie ofiarujesz, nim Cię zabraknie… i w imię czego właściwie?
Sagi rodzinne to opowieści złożone z wartości - jakże potrzebne w pędzącym dzisiaj coraz szybciej świecie, w jakim relacje z bliskimi często są odsuwane na dalszy plan. Wykreowane wielowymiarowo i napisane w uśmiechający sposób, gwarantują doskonałą rozrywkę i relaks, tak niezbędny po kolejnym trudnym dniu. Jeśli ich bohaterowie są zarysowani wielobarwnie i prezentują sobą i własnymi wyborami pewien starodawny urok, tym większa przyjemność z poznawania ich losów. Dokładnie takich znalazłam za przywołującą wiosnę okładką powieści „Jesteście tylko przyjaciółmi?” - pierwszego tomu serii „Rodzina Tylczyńskich” autorstwa Moniki Klary Krajniak. Choć najczęściej przebywam w mrocznych książkowych rzeczywistościach, tego rodzaju odprężające narracje są dla mnie dobrą odskocznią. Lekką, pozwalającą odpocząć skołatanym nerwom i uciekającym wiecznie w rozbieżnych kierunkach myślom, a przy tym pełną… nadziei. Autorka debiutuje pozytywną, skupioną na rodzinie, więzach oraz przyjaźniach fabułą, którą w takim kształcie niestety rzadko obecnie można znaleźć w rodzimej prozie. Niezepsutą, skoncentrowaną na najważniejszych wartościach - a do tego podaną estetyczną warstwą językową. Podobną codzienności, w pełni realistyczną, a jednak ma się wrażenie, że przenoszącą równocześnie w minione czasy. Przyznaję, iż poznawszy 367 stron historii Pisarki w jeden wieczór, nie mogę się doczekać, aby się przekonać, jak potoczą się dalsze perypetie wielodzietnej rodziny Tylczyńskich, której członków zdążyłam polubić niemalże bez wyjątku od pierwszego rozdziału opowieści. Oto gawęda, jaka otula - zabiera do krainy pewnej przyjaźni, z której być może wyniknie coś więcej… W małej wiosce Dąbrowa żyje bowiem dwójka młodych ludzi, jacy od dziecka pozostają nierozłączni i wiedzą o sobie niemalże wszystko. Przed jednym z nich otwierają się jednak bramy dorosłości - czas studiów i wolności, którymi to niestety można się szybko zachłysnąć i zapomnieć o wszystkim, co kiedyś było nader ważne… Choć może relacje na całe życie przezwyciężą chwilową fascynację nieznanym?
Główna bohaterka powieści „Piekielna
osiemnastka” ma na imię Julka… i w tak wielkim stopniu jest mną, że chyba
powinnam podejrzewać Autorkę o rzeczywiste konszachty z diabłem. Każdą kolejną
stronę tego naznaczonego wątkami paranormalnymi thrillera czytałam z wręcz
makiawelicznym uśmiechem, jako że w literaturze nie trafiłam jeszcze na postać,
która miałaby ze mną tak wiele wspólnego. Julia ubiera się jedynie na czarno -
nie uznaje innych kolorów a jej stylizacje należałoby określić mianem mrocznie
rockowych. Uwielbia słuchać muzyki i ma do niej niesamowitą pamięć. Jeśli raz
wpadnie jej w ucho jakiś utwór, jest w stanie odtworzyć go z głowy. Za najciekawszą
spośród jej umiejętności uznaję natomiast niezwykłą smykałkę do języków obcych.
Uczy się ich z ogromną łatwością, najwięcej czerpiąc z tłumaczeń tekstów, które
niekiedy… jakoby same materializują się w jej jaźni. To natomiast wprawia w
konsternację nauczycieli, jacy za wszelką cenę usiłują udowodnić jej próbę oszustwa
czy niewiedzę - i irytują się niezmiernie za każdym razem, gdy okazuje się to niemożliwe.
Pozornie nie uważa na lekcjach, lecz mimo tego potrafi odpowiedzieć bezbłędnie
na wszystkie pytania belfrów. Nie musi spędzać licznych godzin na nauce jak
reszta jej rówieśników - co dla wykładających niemiecki lub angielski jest na
tyle podejrzane, że podczas zajęć niemalże zatruwają życie dziewczyny zagadnieniami
wykraczającymi ponad podstawę programową. Wydawać by się mogło, iż tego rodzaju
książkowy wątek jest mało realistyczny - jednak, kto chodził do mojego
prestiżowego z nazwy liceum, ten w cyrku się nie śmieje, chyba, że przez łzy. 😉 Zaręczam, zdarzają się i historie, o
jakich filozofom się nie śniło, a co dopiero jednostkom innym niż przeciętne.
Julka jest na domiar dla niej złego odmienna niż reszta - a przy tym wychowuje
się w małej wiosce, w jakiej niczego nie da się utrzymać w tajemnicy. Jako
jedyna nieochrzczona, pozostaje także szkolnym wyrzutkiem, za przyjaciółkę
mając tylko wyklętą dziewczynę. Cóż… tak bohaterka jest mną, jak i ja jestem
nią. Wielce.
Opowiadania nie należą do
łatwej formy literackiej, wszak przy użyciu niedużej ilości słów ich autor musi
wyrazić bardzo wiele, jeśli mają być uznane za udane. Z drugiej strony, to
właśnie one uważane są za oddające w pełni kunszt, jakim dysponuje pisarz. Sama
najbardziej lubię historie spowite ulotną mgiełką ezoteryki, które przemawiają
do tej cząstki duszy, jaka doskonale wie, że - cytując Hamleta: „świat jest
pełen tajemnic, zjawisk i niezwykłości, których ludzki rozum, nauka czy
filozofia nie są w stanie pojąć lub przewidzieć”. Która przyjmuje, że Mickiewiczowskie:
„czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko” jest w
pełni zasadne, ponieważ to, co
transcedentalne, stanowi immanentną część ludzkiego świata i świadomości. A
także wyobraźni, która często zabiera człowieczą istotę w podróż po tym,
czego nie da się przeniknąć rozumem a
tym bardziej namacalnie dotknąć. Niewątpliwymi mistrzami tego rodzaju opowiadań
byli Edgar Allan Poe oraz H. P. Lovecratft, którzy wyznaczyli ich niedościgły
wzorzec. Wykreowana w ich dziełach atmosfera, pełna niepewności i przeszyta na
wskroś tajemniczością, niejednokrotnie balansuje na granicy jawy i snu, a także
racjonalności i szaleństwa. Nie tylko zachwyca, ale i daje poczucie obcowania z
niewytłumaczalnym, które przez szeroko otwarte odrzwia imaginacji zyskuje
dostęp do samego serca, by już nigdy z niego nie ustąpić. Gatunek ten na ogół
stanowi emocjonalne połączenie fantastyki, science-fiction, ludowych wierzeń, i
horroru, czerpiąc pełnymi garściami z gotyckiej tradycji. Ujęty w odpowiednio
obrazowo przedstawione wydarzenia, zawsze pozostawia po sobie niezapomniane
wrażenie. Udowadnia to recenzowany zbiór opowiadań.
„Trzymani przez nich za
ręce, powoli wkraczamy do Krainy Cieni - tam, gdzie kończą się wszystkie
ludzkie ścieżki.”
Zdanie zamykające ostatnie
z opowiadań doskonale oddaje klimat utworów Pisarki, do których przeniosę Cię
właśnie teraz.
